Olbrzymia wystawa o Wyspiańskim w Muzeum Narodowym w Krakowie!

Stanisław Wyspiański - autoportret Stanisław Wyspiański - autoportret Właściwie to bardzo dziwne, ale i nader wymowne, że ten arcypolski artysta nie miał przez ostatnie lata w Krakowie, swoim rodzinnym mieście – w którym i dla którego z tak ogromną pasją tworzył – osobnego, tylko jemu poświęconego muzeum czy też stałej ekspozycji. A przecież zasłużył się dla tego podwawelskiego grodu oraz dla naszej narodowej kultury i sztuki tyle, co bodaj żaden inny twórca. Zostawił po sobie ogromny i jakże wszechstronny dorobek; samo krakowskie Muzeum Narodowe jest obecnie w posiadaniu około tysiąca obiektów z nim związanych, które w ostatnich latach spoczywały w magazynach. W skład tego największego skarbca dzieł Stanisława Wyspiańskiego wchodzą obrazy olejne, pastele, akwarele, szkice, rysunki, ryciny, kartony witraży, przepróchy, projekty, meble, rzeźby, przebogaty i unikatowy księgozbiór, autografy wierszy i utworów dramatycznych, do których wykonywał też własnoręcznie ilustracje i winiety, kostiumy teatralne, afisze, ale także listy, dokumenty, zdjęcia rodzinne i pamiątki osobiste. Dobrze więc, że zostały wreszcie z przepastnych magazynów wyciągnięte te dzieła i pamiątki. Na otwartej 18 listopada br. wystawie eksponowana jest zaledwie połowa z nich, a jest to mimo to największa w historii polskiego muzealnictwa ekspozycja monograficzna! Trzeba zatem z niemałym żalem zapytać – dlaczego dopiero teraz...

Oczywiście dobrze, że okazją stał się ku temu jubileusz stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, której piewcą był Wyspiański, a której nie dane mu było doczekać. Dobrze też, że wernisażem wystawy dzieł tego właśnie genialnego twórcy zainaugurowano w Krakowie te obchody. Artysta miał ogromną cześć dla chwały polskich dziejów, czego wyraz dawał we wszystkich rodzajach swej wybitnej twórczości. Najbardziej wymownym tego świadectwem jest niezrealizowany architektoniczny projekt przebudowy Wawelu, nazwany Akropolis, dla którego wzorem był „Akropolis w Troi, której obrońcą był Hektor, wzór ducha bohaterskiego, króla-ducha narodu”. Wyspiański pracował nad nim z architektem Władysławem Ekielskim (1855–1927), działo się to na przełomie 1904 i 1905 r. Teka „planu dla Wawelu” liczyła 27 rysunków, niestety nie wszystkie się zachowały.

Szkoda, że nie doszło do realizacji tych planów; wzgórze od strony Wisły prezentowałoby się wtedy dużo piękniej niż dzisiaj (poaustriackie koszary z czerwonej cegły to niechlubny symbol panowania zaborcy). Warto tu dodać, że na Wawelu Wyspiański umiejscowił akcję rapsodów „Kazimierz Wielki” (1900) i „Bolesław Śmiały” (1903), a także dramatów „Legenda” (1897), „Wyzwolenie” (1903), a przede wszystkim „Akropolis” z 1904 r. W 1903 r. w warszawskim „Kurierze Codziennym” można było przeczytać taką oto wypowiedź artysty: „Teraz kończę nowy utwór: ‘Akropolis’, i ten będzie zamknięciem cyklu trylogii, której początkiem jest ‘Wesele’, środkiem ‘Wyzwolenie’. ‘Akropolis’ będzie dopełnieniem i wtedy może mnie pojmą, zrozumią... (...) zresztą zobaczycie ze sceny, gdyż najpierw sztukę wystawię, a potem dopiero będę drukował w książce...”. Niestety Stanisław Wyspiański nie doczekał się jej wystawienia, premiera tego dramatu odbyła się dopiero w 1926 r. – już w wolnej, niepodległej Polsce.

Tysiącletni Kraków

Tysiącletni Kraków

Adam Bujak, Krzysztof Czyżewski

Nie ma większego fotografika, specjalisty od Krakowa niż Adam Bujak. Swe rodzinne miasto fotografuje od ponad pół wieku! Wydał o starej stolicy Polski kilkanaście albumów; przyszedł czas na nowy. Bo też i miasto znowu sporo się zmieniło, wypiękniało. Czegóż nie ma w tym "Tysiącletnim Krakowie"? – i katedra, i najśliczniejsze kościoły, i zamek wawelski, pałace oraz stare kamienice, teatry oraz muzea, pomniki – długo by wymieniać.

 

Twórczość w duszy gra

Można sobie wyobrazić, że Wyspiański, któremu dane było przeżyć tylko 38 lat – podobnie jak Mozart, który dożył jedynie 35 lat i nie nadążał z zapisywaniem na papierze rodzącej się w jego głowie muzyki – nie nadążał z malowaniem rodzących się w jego głowie wizji oraz z przelewaniem na papier twórczości poetyckiej. Był pod tym względem wszechstronniejszy od salzburczyka, bo mistrzowsko i wirtuozowsko poruszał się po dwóch, a raczej trzech (bo przecież jeszcze teatr) dziedzinach sztuki – pędzel, tudzież kredkę pastelową, zastępując bez trudu piórem i na odwrót. Wszystkie dzieła Wyspiańskiego pokazywane w krakowskim Muzeum Narodowym wskazują na ogromną wrażliwość tego artysty, na nieustanną umiejętność zachwytu polską tradycją i naturą, a także na ogromną, tytaniczną wręcz pracowitość. Wydaje się, że nieustannie coś szkicował i zapisywał, nieustannie coś go inspirowało. Wydaje się, że nie opuszczało go ani na moment twórcze natchnienie, tak wielki zostawił po sobie dorobek. Nawet gdy był już ciężko chory i nie mógł wychodzić z domu, szkicował lub malował widok z okna. A widział zawsze po swojemu i po swojemu twórczo, z ogniem w oku, przetwarzał. „Pracuje z wytrwałością, cierpliwością, z przejęciem – wspominała krewna Wyspiańskiego Maria Waśkowska-Kreinerowa. – Pracownię swoją zarzuca rulonami papieru. Na ścianach przymocowuje bez ram coraz to inne malunki, rysunki, szkice, kartony małe, kartony duże”.

Imponująca wystawa w krakowskim Muzeum Narodowym podzielona została na siedem części, a otwiera ją bardzo obszerne kalendarium życia i twórczości (opracowane przez Filipa Skowrona i Katarzynę Mrugałę), które dostarcza wiele nieznanych ogółowi faktów. I tak np. okazuje się, że ok. 1880 r. (Staś ma wówczas zaledwie 11 lat) powstają pierwsze zachowane do dziś jego szkicowniki. W 1884 r. (w wieku 15 lat) Wyspiański zapisuje się jako słuchacz nadzwyczajny do Szkoły Sztuk Pięknych (prawdopodobnie dzięki Janowi Matejce, którego cenił będzie przez całe życie), a latem 1885 r. przywozi z wycieczki do Kalwarii Zebrzydowskiej tekę pełną rysunków. Takich teczek z rysunkami powstaje już wówczas kilka. Siedemnastoletni Stanisław w październiku 1887 r. zostaje przyjęty od razu na drugi rok studiów w Szkole Sztuk Pięknych, a 3 marca 1888 r. za wybitne wyniki w nauce przechodzi na rok trzeci.

(…)

11 maja 1891 r. za stypendium otrzymane od Jana Matejki wyjeżdża na półtoraroczne studia malarskie do Paryża. Wraz z Mehofferem otrzymuje też od starego mistrza zlecenie wykonania projektu witraża przedstawiającego sceny z życia Matki Bożej dla kościoła Mariackiego. Przebywając w stolicy Francji, Wyspiański spędza długie godziny w Luwrze, studiując dzieła mistrzów włoskich i francuskich. W połowie listopada debiutuje (również wspólnie z Mehofferem) na wystawie Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie prezentowane są ich projekty mariackich witraży; recenzje są bardzo przychylne. Ciekawe, że obdarzeni wielką indywidualnością artyści potrafili stworzyć dzieło bardzo jednorodne – co widać zresztą na wystawie. Rok później Wyspiański i Mehoffer dostają zadanie zaprojektowania witraży do katedry lwowskiej m.in. na temat ślubów Jana Kazimierza. I w późniejszym czasie artysta projektuje też witraże do tego kościoła, żaden z nich niestety nie zostanie zrealizowany. Jak wielka to szkoda, widzimy oglądając projekty na wystawie.

Portretowanie najbliższych

Pierwsza część wystawy zatytułowana U mnie w domu prezentuje zarówno autoportrety artysty wykonywane w różnych okresach życia (najwcześniejsze pochodzą z 1890 r.), jak i obrazy, na których uwiecznił swą żonę Teofilę Teodorę z domu Pytko (chłopkę z podtarnowskiej wsi Konary, która różniła się od niego pod każdym względem…), a także ich wspólne dzieci – Helenkę, Miecia i Stasia oraz usynowionego Teodora (nieślubne dziecko żony). Są to głównie pastele, gdyż już w 1891 r. okaże się, że artysta ma alergię na farby olejne. Przeżywszy poważne zatrucie nimi, przestanie ich używać.

Wyspiański portretuje swych najbliższych w codziennych, zwykłych sytuacjach. Można powiedzieć, że „uchwytuje” ich tak, jak obecnie robione są zdjęcia aparatami komórkowymi – aczkolwiek z niedościgłym dziś artyzmem. „Główka Helenki” przedstawia córeczkę z rozdziawioną buzią i włoskami w nieładzie, a „Główka Mietka” ukazuje cherubinkowego chłopczyka ubranego w piżamkę i nieco zaspanego. Z takim samym zachwytem, z jakim rodzice prezentują dziś na Instagramie fotografie swych pociech, namalowana została przez artystę „Helenka z wazonem”. Ojciec-malarz uchwycił ukochaną córeczkę w momencie, gdy oparta brodą i rączkami o stół nieco zamyślona dotyka środkowym palcem różowego kubka, w którym stoją niezapominajki. Artysta przedstawia też swe dzieci śpiące; zawsze rysuje je z widoczną tkliwością. Wydaje się, że nieustannie nosi przy sobie przybory do rysowania, podpatruje domowe scenki i zaraz zamienia je w obraz. Szkicownik to jest jego aparat fotograficzny. Zabawny jest rysunek „Mietek i Teodor” z 1902 r., pokazujący dwóch obrażonych urwisów nad talerzami zupy, jakby im zdecydowanie nie smakowała. „Mietek oparty na rękach” z 1904 r. sprawia wrażenie, jakby chłopiec właśnie coś zbroił i został skarcony, a teraz siedzi przy stole naburmuszony.

Z obrazów Wyspiańskiego trudno byłoby rozeznać, że jego życie rodzinne nie było harmonijne, a związek z kobietą tak bardzo się od niego różniącą, wręcz prymitywną, starszą od niego, zupełnie go nierozumiejącą, daleki był od małżeńskiej harmonii i szczęścia. Prawdopodobnie artysta poślubił Teofilę z litości i poczucia obowiązku, i to wtedy, gdy na świecie było już ich dwoje wspólnych dzieci (ślub wezmą 17 listopada 1900 r. w kościele św. Floriana). Dużo bowiem wcześniej, we wrześniu 1893 r., Wyspiański pisał z Paryża: „Czy ja ją mogę kochać? (…) I gdy ja tak wyobrażam sobie moje życie jak obraz malowany, jakże ja mogę brać do moich myśli i ciągnąć ku sobie dziewczynę, która żyje nie kolorami, nie dźwiękami, nie wyobraźnią, nie melodią, nie zobrazowaniem formy, ale formą samą i życiem jakimś wegetującym, na które ja patrzę z równym współczuciem jak na życie kwiatu, lub owadu, na rozwój storczyka lub rumianku, wykształcenie się muszki lub pszczoły. (…) Nieraz czytałem w oczach ‘daj mi spokój’ rzeczywiście i ja powtórzyłem sobie ‘daj mi spokój’. – Weź ty całą moją litość, jakąś przywołała do moich oczu, że się skropliły łzami, weź ty całą litość moją, obudzoną w sercu co bije silniej, a usta moje drżą by dotknąć twoich ust, jak kiedy tulę do twarzy kwiatów kielichy wilgotne wonią. – Ileż razy to byłem rozkochany w kwiecie przez litość i tylko przez litość kochałem nieraz gdzieś dojrzaną dziewczynę. Czyż to wystarczy do życia?”.

Nie wystarczyło, mimo iż Wyspiański nigdy się na Teofilę nie żalił, nie krytykował jej, raczej chwalił za gospodarność i dbanie o jego interesy. Opinia o niej przyjaciół, znajomych i krewnych była jednak druzgocąca. Ukochana ciotka Stanisława, która przez długie lata go wychowywała i u której mieszkał przed ożenkiem, nie pozostawiała złudzeń: „Otóż dzisiaj dowiedziałam się od tej, która w tej jego chorobie tam około niego czuwa, że przez dwa dni 12 i 13 b.m. [lutego 1906 r.] stan jego zdrowia był bardzo groźny – że dzisiaj 14 lut. cokolwiek mu lepiej – ale że jest pozbawiony wszelkiej opieki tak w dzień, jak i w nocy, ona wprost jest niegodziwa – całą noc nie zajrzy do pokoju, w którym leży (obok pracowni w żółtym pokoiku), nie poda lekarstwa – nie zmieni lekarstwa – krzyczy i dokucza mu, że nic nie robi, tylko choruje – potrąca go – jest tak nieszczęśliwy, opuszczony i samotny, że cały czyściec cierpień przechodzi – żadnego listu mu nie da, tylko z Tadeuszem każdy list czyta i niszczy, ani żadnego listu nie wyśle, który on chce posłać, i tak boryka się nie tylko z chorobą, ale z tą bardzo złą kobietą”.

Życie św. Brata Alberta. Biografia ilustrowana

Życie św. Brata Alberta. Biografia ilustrowana

Jolanta Sosnowska, Zygmunt Wierciak

Biograficzna, ilustrowana opowieść o polskim świętym - Bracie Albercie Chmielowskim.
Bohater, artysta, święty. Powstaniec styczniowy, utalentowany malarz, opiekun nędzarzy. Tak można najkrócej opisać niezwykłą i do dziś fascynującą postać Adama Chmielowskiego, którego imię zakonne Brat Albert stało się w Polsce powszechnie znane już pod koniec XIX wieku.

 

Częste były zarzuty, że Teofila nie troszczy się o Stanisława, a chętnie korzysta z zarabianych przez niego pieniędzy. Jan Skotnicki tak opisywał atmosferę panującą w domu Wyspiańskich: „Odwiedziłem go w tym czasie na Krowoderskiej. Otworzyła mi drzwi żona, straszna baba. Dusił mnie zapach lekarstw i jodoformu pomieszany z zapachem kiszonej kapusty i pranej bielizny. Pokój wprawdzie był spory i widny, ale niedostatek i nieład panował wszędzie. Uciekłem po paru słowach zamienionych z Wyspiańskim. (…) Położenie materialne tego wielkiego twórcy było ciężkie, zebraliśmy więc między sobą trochę groszy, by mu kawioru kupić i dać na leki. Po paru dniach doszła nas wiadomość, że żona kilo przesłanego przez nas kawioru podobno sama na jednym posiedzeniu pożarła, a za pieniądze nasze, przeznaczone na leczenie, futro dla siebie kupiła. Lekarze zabronili mu używania alkoholu, ale ponieważ ona go lubiła, wiec kupowała wina i likiery, część wlewała mężowi do gardła, a resztę sama wypijała. Trzeba było go odebrać spod opieki tej baby i oddać do lecznicy doktora Gwiazdomorskiego. Tak też zrobiono. Zajął się tym Wilhelm Feldman. Było jednak za późno, bo nadeszły ostatnie dni jego męczeńskiego żywota”.

Ponurość tych ostatnich chwil życia artysty oddają dwa niezwykle przejmujące rysunki z 1907 r., „Stanisław Wyspiański z żoną w łóżku i Aniołem śmierci” oraz „Portret własny”, na którym artysta pokazał swą zniekształconą przez syfilis twarz o wyrazistych, pełnych ogromnego smutku oczach. Jedyną jego ucieczką była sztuka. (…)

Łańcuch pokoleń

Wspomniałam już o wielkim duchu patriotyzmu u Wyspiańskiego, który szacunek dla ojczystych pamiątek wyniósł z domu rodzinnego, który po śmierci matki stworzyli mu wujostwo Kazimierz i Janina (siostra matki) Stankiewiczowie. Podsuwali mu mądre lektury, uczyli polskiej historii, wpajali miłość do Polski. Bardzo często chodzili na Wawel – na zamek i do katedry. Ta część osobowości artysty ukazana jest w części Historia i pamiątki, a dotyczy bezpośrednio prac artysty przy restauracji krakowskiego kościoła św. Krzyża. Zobaczyć tu można fantastyczne wprost, wykonane przez niego przerysy malowideł odkrywanych na ścianach podczas renowacji tej świątyni. Zachwyca precyzja i dokładność szczegółów oddawanych na akwarelach, pastelach, rysunkach węglem. A także pietyzm, z jakim Wyspiański podchodzi do tej odtwórczej pracy dokumentalisty. Nazwał je sam zresztą „zdjęciami z zabytków”. Nie dane mu jednak było dokonać na ich podstawie rekonstrukcji polichromii, gdyż kierujący pracami w kościele św. Krzyża Stryjeński uznał jego żądania finansowe za zbyt wygórowane (może były to podszepty Teofili?). Bardzo boleśnie to przeżył, o czym donosił w liście do Lucjana Rydla: „żyję teraz ogromnie szerokim wewnętrznym życiem, ale jestem szalenie smutny i nie będę już nigdy inny póki żyję”.

Artysta najwyraźniej poczuł się w czasie tej trzymiesięcznej pracy dokumentalisty, podczas której wykonał niezliczoną ilość rysunków wyposażenia kościoła św. Krzyża (w tym detali malowideł i kwater witraży), ogniwem w łańcuchu przeszłych pokoleń. Także przeszłych pokoleń twórców i artystów. W 1897 r. pisał: „Jednego dnia o południu, gdy słońce jesienne padło na ścianę zeszarzałą, w świetle, spod tynku świeżo odtłuszczonego, zarysowały się na głębszym pokładzie ściany jakieś litery i linie, i kolory blade, wiekowe. Stojąc na posadzce kościoła, czytać można było wyraziście, kolisto pisany tęgi sześciowiersz humanisty. A więc pod tynkiem kryje się historia i pamiątki”. Mimo więc tego, że to nie jemu powierzył Stryjeński rekonstrukcję polichromii, Wyspiański przekazał mu część swoich przerysów.

W tej części wystawy można też podziwiać projekty rekonstrukcji witraży do krużganków kościoła Dominikanów, a także zlecone Wyspiańskiemu przez Jana Matejkę projekty witraży do kościoła Mariackiego. Pokazywane są również rozliczne szkice z podróży artysty po Europie.

Wizje teatralne, impresje miejskie, niepraktyczne meble

Nie można było oczywiście zapomnieć o dorobku artysty na niwie teatralnej; prezentowany jest on w części wystawy nazwanej Teatr narodu. Otwierają ją jednak nietypowe eksponaty, bo... niezrealizowane projekty witraży do wawelskiej katedry oraz do katedry lwowskiej. Są to monumentalne i pełne niezwykłego rozmachu dzieła, przywodzące na myśl imponujące teatralne dekoracje do przedstawień opowiadających polskie dzieje – „Św. Stanisław”, „Polonia”, „Śluby Jana Kazimierza”, „Kazimierz Wielki”, „Henryk Pobożny”, „Wanda” czy „Wernyhora”. (…)

Szósta część wystawy zatytułowana Nie Paryż, tylko Kraków zestawia twórczość malarską Wyspiańskiego z czasów pobytu w Paryżu (1892–1893) z twórczością krakowską. Tu jeszcze zdarzają się obrazy olejne, m.in. „Ogród Luksemburski w Paryżu”, „Barki na Sekwanie”, „Wnętrze kościoła Saint Etienne”, „Akt chłopca”, „Półakt kobiecy” (twórca nigdy potem już do aktów nie wróci), „Weranda”, „Widok na Barbakan i Bramę Floriańską”, „Widok na Teatr Miejski w Krakowie z ulicy Zacisze”. W tej części wystawy mamy też wiele portretów krakowian, widoków podwawelskiego grodu i okolic, a także pejzaże malowane przez bardzo chorego Wyspiańskiego, który już nie wychodził z domu, w tym „Widoki na Kopiec Kościuszki” tworzone z okien pracowni.

Ostatnia część wystawy Ars – Apollo przedstawia eksponaty sztuki użytkowej będące dziełem Stanisława Wyspiańskiego, w tym meble (oryginalne, ale bardzo niewygodne) zaprojektowane do salonu, sypialni, jadalni oraz pokoju stołowego Tadeuszostwa Żeleńskich oraz meble do sali posiedzeń dla Domu Towarzystwa Lekarskiego. Można też podziwiać artystę jako dekoratora wnętrz, czego przykładem jest wyposażenie Domu Towarzystwa Lekarskiego w Krakowie – balustrady klatki schodowej, żyrandole, słynny witraż „Apollo. System Kopernika”, uznawany za arcydzieło sztuki witrażowej. Na początku 1945 r. Niemcy, wysadzając znajdujący się w pobliżu skład amunicji, zniszczyli je. W 1972 r. witraż został zrekonstruowany przy użyciu szkła z huty w Jaśle, jednak jego jakość odbiegała od pierwowzoru. Nowa replika „Apolla”, wykonana na podstawie kartonów Wyspiańskiego i ze szkła podobnej jakości jak zniszczony w czasie wojny oryginał, pokazana została w Muzeum Narodowym na wernisażu wystawy „Wyspiański”, a obecnie jest eksponowana w specjalnej sali Muzeum Witrażu przy al. Krasińskiego 23.

*

Wystawa dorobku twórczego artystycznego giganta Stanisława Wyspiańskiego każe chylić nisko czoła przed jego dokonaniami. Nie można nie czuć podziwu dla ogromu tego, co stworzył, i to w tak krótkim czasie. Jakże na tym tle niezrozumiałe i jakże obrzydliwe są próby niszczenia szczególnie jego dorobku teatralnego i dramaturgicznego przez pseudotwórców, niedouków napędzanych pychą i samouwielbieniem, dla których sztuka zaczyna się dopiero od nich, a którzy żadną miarą nie są w stanie stawać w szranki z dawnymi mistrzami, nad dziełami których się pastwią, uznając to za twórczość. Jeszcze chwila, a pójdą w zapomnienie, a gwiazda geniuszu Stanisława Wyspiańskiego zawsze świecić będzie na firmamencie prawdziwej i wielkiej sztuki. Jest on dumą i swojego miasta, i swojej Ojczyzny, a powinien być dumą całej Europy – a o to powinny już zadbać zarówno królewskie miasto Kraków, jak i państwo polskie.

Fotografie Wacław Klag

 

Pełna wersja artykułu w najnowszym „Wpisie”.

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.