Islamska Unia Europejska?

Obecna polityka Unii Europejskiej bardziej sprzyja islamowi, niż przed nim chroni. Fot.: Lorie Shaull/Wikimedia Commons Obecna polityka Unii Europejskiej bardziej sprzyja islamowi, niż przed nim chroni. Fot.: Lorie Shaull/Wikimedia Commons Całą zachodnią część Europy, a ostatnio nawet Rosję, ogarniają kolejne zamachy terrorystyczne; niedługo trudno już będzie je zliczyć. Wizja islamskiej Europy przestaje być iluzoryczną, przyszłościową fantasmagorią wymyśloną przez eurosceptyków. Przestaje być niemożliwa. Islamska Europa staje się coraz bardziej realna i trzeba się z nią coraz poważniej liczyć. Radykalizujących się islamistów nie zatrzyma przecież tak słaby sprzeciw jak demonstracyjna żałoba, gesty polityków unijnej wspólnoty czy jak niegdyś antyislamskie karykatury, broń zaiste żałosna w swej śmieszności i, jak się okazało, zarazem kosztowna. Nie powstrzymają ich najbardziej nawet masowe protesty przeciw zamachom z udziałem wszystkich polityków europejskich maszerujących ulicami europejskich miast. To wszystko świadczy bowiem jedynie o bezradności, a także braku politycznych rozwiązań tego w istocie tragicznego dylematu, który kryje się za narastającym problemem islamu na starym kontynencie. Więcej, można by powiedzieć, że obecna polityka Unii Europejskiej dużo bardziej sprzyja islamizacji Europy niż ją przed tym chroni. Zwłaszcza po tak niezrozumiałym przełomie, jakim stała się imigracyjna polityka „otwartych drzwi” dla muzułmanów.

Fatalizm wolnościowej Europy?

Europa może być w przyszłości islamska w dwóch różnych wariantach, na drodze dwóch różnych procesów. Jeden z nich jest dłuższy, stopniowy, ale już postępujący. Jeśli nie zmieni się obecny stan rzeczy, w ciągu najbliższych lat nastąpi – jak przewidują demografowie – lawinowy przyrost ludności islamskiej przy nikłej dzietności ludności rdzennie europejskiej. Jeśli ludność islamska zdobędzie większe wpływy polityczne, a nawet przewagę w społeczeństwach, czego można spodziewać się najpierw w takich krajach jak Holandia czy Belgia, a później Francja, nie omieszka skorzystać z praw obywatelskich, jakie jej przyznano i siłą rzeczy zaprowadzi swój porządek. Będzie temu sprzyjać, a wręcz to umożliwiać i przyspieszać, dotychczasowa polityka europejska oparta na ideologicznych dogmatach wielokulturowej inżynierii społecznej, absolutnej już tolerancji dla każdej mniejszości i odmienności, co dzieje się przy swobodzie, a nawet prawie do unicestwiania własnej populacji drogą aborcji i eutanazji oraz jednoczesnej promocji wynaturzeń seksualnych. Skoro ten dłuższy proces islamizacji Europy obliczony jest na dalszą (choć niedaleką) przyszłość i w sposób naturalny dokonuje się przez pokolenia, trudniej mu nawet przeciwdziałać, zapobiegać czy go zatrzymywać. Bez gruntownej zmiany polityki obecnej UE i odwołania się do innych wartości niż dotąd głoszone i wprowadzane w życie będzie to niemożliwe.

Ten nieuchronny, jak się zdaje, proces wzmocni i przyspieszy drugi nurt, a mianowicie siłowy, czyli islamskie ataki terrorystyczne. Jako systematyczna metoda zastraszania już są skuteczne i ujawniają cała grozę przyszłej sytuacji w Europie. Oba te procesy nie są sobie przeciwne, mogą ze sobą współgrać. To prawda, że terror może wzbudzać strach nie tylko u Europejczyków, a ludność islamska też może protestować przeciw terrorowi niektórych swych pobratymców, ale nie przeciwstawi się swej tożsamości i polityczno-religijnemu fundamentalizmowi islamskiemu. Przecież nie wyrzeknie się swej religii, jak uczynili to w dużej części Europejczycy. Religia islamu, inaczej niż chrześcijaństwo, jest teokratyczna i polityczna, podporządkowuje sobie całe życie człowieka, również publiczne i polityczne. Nadzieja na zeświecczenie czy ateizację islamu jest złudna i pozbawiona podstaw, podobnie jak jego demokratyzacja.

Sytuacja ta już napędza błędne koło, bo z drugiej strony, w myśl propagandowego dogmatu o bezwzględnej tolerancji i integracyjnej wielokulturowości, powstaje reakcja przeciw tzw. islamofobii, czyli wszelkiemu krytycyzmowi wobec roszczeń islamu. Jednym słowem, terror trzeba potępić, ale islam tolerować, inkulturować, demokratyzować. Paradoks chce, że dzieje się to przy szyderczej „wolności słowa” i najwyższym krytycyzmie wobec chrześcijaństwa. Szczególnie katolicyzmu, który chciałoby się sprowadzić do pozycji islamu, choć wiadomo „ile dywizji ma Papież”. To uwikłanie w sprzeczności jest typowe dla lewicowo-liberalnej ideologii, która opanowała Europę, zwłaszcza zachodnią. Trudno będzie wytrwać w tej hipokryzji. Bojownicy o świecki porządek światowy i pełną wolność będą w rezultacie musieli bronić nie europejskiej tradycji, lecz fundamentalistycznej (rzeczywiście) religii islamu. Bronić wbrew swym przekonaniom i obrzydzeniu „państwem wyznaniowym”, potępiając jednocześnie rzekomo podobną wiarę chrześcijańską, co stanie się szczególnym paradoksem zwłaszcza w kraju pierwszej wielkiej rewolucji (Francji).

Gilotyna wolności

Sytuacją rewolucyjnego terroru Francuzi nie powinni być zdziwieni, są może bardziej niż inni do niej przygotowani. Podczas rewolucji XVIII wieku obalili cały poprzedni porządek, nie tylko króla, monarchię, ale i Kościół. W imię rozumu ludzkiego ustanowili nowy kodeks wartości, wprowadzając hasła „wolność, równość, braterstwo”. W ogniu rewolucji poległ rozum, a rozszalała wolność sprowokowała niekończący się terror. Tak więc nie sama tylko wolność (lub równość, dziś podobnie doprowadzona do absurdu w ruchu feministycznym i genderowym) wyzwolona z rozumu, praw i innych wartości tworzących Europę nie od trzech, ale od ponad dwudziestu stuleci może zapewnić porządek i trwałość ludzkich społeczeństw. Wolność nieokiełznana, pozbawiona treści i orientacji w wyborze między tym, co na podstawie dłuższego doświadczenia jest dla człowieka lepsze i gorsze, wolność sama dla siebie staje się nie tylko gestem pustej negacji, ale może prowokować terror i przemoc pod różnymi postaciami. Tak było w czasie Rewolucji Francuskiej, kiedy w pewnym czasie nie można już było zahamować spirali terroru, tak może być i dziś. Głupawe karykatury sprzed paru lat, obrażające wyznawców islamu i ich najwyższe wartości, powielane z desperacją godną lepszej sprawy (pominę już dwuznaczność moralną osiągniętego przy tym sukcesu kasowego), stają się mimowolnie karykaturą „wolności słowa”, rozpaczliwym dowodem bezsiły, bezradności i dezorientacji, a zarazem krzyczącym przeciwieństwem tolerancji, empatii i poszanowania inności.

Tak rozumiana i wykorzystywana wolność kończy się nie tylko porzuceniem elementarnych wartości porozumiewania się oraz kultury, ale, co widać także u nas, zwykłą brutalnością i wulgarnością. Cała głoszona przez dziesięciolecia postępowa prawda lewicowo-liberalna znalazła się w pułapce. Jedynym z niej wyjściem jest użycie własnej metody, którą stosowało się wobec innych – przekraczania schematów i tabu, głoszenie komunałów. Jest posłużenie się tą postępową ideologią i nie dającym się utrzymać pod wpływem doświadczenia i wewnętrznych sprzeczności schematyzmem myślenia oraz postrzegania rzeczywistości oraz poskromienia nieźle już rozrośniętych ambicji wychowywania, kształtowania całych społeczeństw w tym duchu.

Prawy i sprawiedliwy. Życie i męczeństwo błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki

Prawy i sprawiedliwy. Życie i męczeństwo błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki

Adam Bujak, Jolanta Sosnowska

Pierwsza książka po beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki. Tekst pióra Jolanty Sosnowskiej, współautorki nagrodzonego książkowym Oscarem „Książka Roku 2009” albumu „Ars. Dzieje życia św. Jana Marii Vianneya”, przybliża dzieje ks. Popiełuszki od jego narodzin, poprzez studia i działalność duszpasterską, aż do męczeńskiej śmierci. Ukazuje trudną drogę ks.

 

Pomieszanie języków nienawiści

Jeśli wolność słowa i wypowiedzi miałaby ostatecznie polegać na swobodzie obrażania, wyszydzania i poniżania, byłaby to wolność destrukcji, zniszczenia, a także prowokacji i zła. Czy to nie jest czasem wolność do nienawiści? Czy jej ekspresja i język nie są już językiem nienawiści, z którym tak walczą ideolodzy i wychowawcy postępowej Europy? Czy tak urzeczywistniana wolność nie stoi w sprzeczności z propagowaną równie mocno – aż do cenzury – poprawnością polityczną? A przecież poprawność ta nie potrafi ustrzec się hipokryzji i skrajnego zakłamania: wolno obrażać islamistów i (zwłaszcza) chrześcijan, ale nie wolno mniejszości seksualnych. Karykatura Mahometa to objaw wolności słowa, ale karykatura geja to język nienawiści. Nie obrażając nikogo, to wyraz klasycznej moralności Kalego w nowoczesnym, postępowym przebraniu. Panujący dziś w Europie ideologiczny zestaw haseł i komunałów pełen jest wykluczających się sprzeczności, które podminowują życie społeczne i rodzą tym samym dalszą agresję.

Trudno nie zakładać dalszej spirali przemocy: prowokacje nawet symboliczne mają teraz skutki fizyczne. Zbiorowe potępienie terroru napędzi z czasem obawy przed islamofobią i jej potępienie. Później zaś przyniesie regularne jej zwalczanie, a tym samym ochronę islamu. Jeśli bowiem nastąpi nadmierne zwalczanie owej islamofobii (cóż właściwie oznacza to pojęcie?), będzie to sprzyjać poszerzeniu wpływów islamu. Wtedy nawet mniej bojowi islamiści będą uśmiechać się (z politowaniem) na widok Europy oddającej pole walki walkowerem, nie szanującej nawet własnych tradycji. Reakcje i odruchy społeczne, które zostaną nazwane nacjonalizmem, zderzą się w rezultacie z obroną islamu. Już nie tylko ze strony jego wyznawców i coraz to nowych zwolenników, ale i dotychczasowych bojowników panującej (dotąd?) ideologii obawiających się wojny domowej w krajach, w których islam już się zakorzenił. 

W obecnym kryzysie islamskim Unia Europejska jest i będzie w defensywie. Nie ma bowiem wobec takiego zagrożenia jasnej i zdecydowanej postawy ani wspólnej polityki, obliczonej na dłuższą perspektywę, a nie tylko doraźne załatwienie sprawy do następnego wybuchu. Nawet reakcje na islamski terror nie są jednoznaczne, lecz wewnętrznie podzielone i skłócone. Głosy opinii i polityków są sprzeczne, pełne dezorientacji i bezradności. „Jeszcze więcej bluźnierstw” żąda znany niemiecki tygodnik, gdy tymczasem każdy gwałtowniejszy sprzeciw wobec islamu jest piętnowany jako islamofobia.

Trzeba przypomnieć, że już prawie 10 lat temu wybuchła w prasie zachodniej podobna awantura o islamskie karykatury, która wywołała wiele zamieszek, tyle że mniej krwawych. Gdy dziennik „Rzeczpospolita” przedrukował te karykatury w geście solidarności z bojownikami o wolność słowa, w artykule pt. „Lekcje islamu” w miesięczniku „Opcja na prawo” pozwoliłem sobie wyrazić podobny sceptycyzm, jaki i tu przedstawiam. Dwa lata później, w 2008 r., minister MSW Jerzy Miller zlecił akcję „monitorowania treści antysemickich, ksenofobicznych i antyeuropejskich w prasie polskiej”. Raport przygotował wraz ze swym zespołem prof. Wieruszewski z Poznania (nb. w minionej epoce autor książki „Podstawowe obowiązki obywateli w Polsce Ludowej”).W raporcie znalazł się też niewielki fragment mego artykułu „Złe wiadomości”, który podsumowano oceną brzmiącą jak wyrok: „autor przedstawia ksenofobiczną interpretację integracji europejskiej”. Tekst ten dotyczył zupełnie ogólnych spraw, głównie niepokojącej przewagi, a często presji negatywnych treści w przekazie medialnym. Tylko niewielki wycinek, który zaniepokoił badaczy ministerialnych, dotyczył islamu i brzmiał raczej ironicznie, a nie wrogo. Kontekst zaś wyrażał zupełnie coś innego, krytykę nadmiernego optymizmu: „Wizja islamskiej Europy w nieco odleglejszej przyszłości też nie jest optymistyczna. Widok tolerancyjnej i ekumenicznej Unii Europejskiej, która rezygnuje z chrześcijaństwa, by przyjąć islam i zintegrować się pod przywództwem Arabów, to wizja dość odległa, że wyrażę się poprawnie politycznie, od tej, którą u początków obecnej Europy miał Karol Wielki, broniąc jej przed najazdami Maurów i Saracenów i odsuwając wpływy islamu poza granice Pirenejów”.

Prawo do wolności słowa w tym wypadku mi nie przysługiwało. Nawiasem mówiąc, jeśli w tym jest jakaś ksenofobia, to co nią nie jest? Najwidoczniej mój dość ironiczny passus o Europie i islamie nie zasługiwał na przywilej wolności słowa i wypowiedzi. Czy ten jeden z niezliczonych przykładów formalistycznie i sprzecznie traktowanej wolności bez reguł i niezrozumienia jej podstawowych treści nie jest już zaprzeczeniem liberalnych prawideł? Czy nie jest już jakąś mimowolną choćby anarchią, która podminowuje prawo i instytucje polityczne we wspólnej Europie?

Schyłkowy Pax Europea?

Czym może skończyć się „złota wolność” i do czego może doprowadzić zasada liberum veto powinniśmy wiedzieć lepiej od wielu Europejczyków. Upadek Imperium Rzymskiego trwał kilka wieków i trudno nawet stwierdzić, kiedy się zaczął. Europa obecna jest w materialnym i technologicznym rozkwicie, politycznie połączona i pokojowa jak nigdy dotąd, a jednak wewnętrznie słaba, pogrążona w duchowym kryzysie, z którego z trudem zdajemy sobie sprawę. Stale stoi przed pytaniem, czym ma być – cywilizacją, która rozwijała się ponad dwa i pół tysiąca lat i chce trwać, czy też nową od trzech stuleci Europą, która odrzuca całą wcześniejszą tradycję, doświadczenia i osiągnięcia. Co można zbudować w takim rewolucyjnym akcie? Jaki świat po nim powstaje i czy może być lepszy, trwalszy, bardziej ludzki?

Rewolucyjna nowoczesność ma wielkie koszty. Wystarczy przypomnieć, że to w owej nowoczesnej Europie wybuchły dwie wojny światowe i dwa największe totalitaryzmy zaprzeczające całkowicie dotychczasowej humanistycznej tradycji europejskiej. Dzisiejsza pacyfistyczna utopia europejska to defetyzm stagnacji i zarazem porażka ideologicznych projektów. Nie sprawdziła się demokracja totalnie równościowa z jej cenzuralną w istocie ideologią poprawności politycznej, nie udało się państwo całkowicie świeckie, które eufemistycznie tak jest nazywane; we Francji chodzi o państwo ateistyczne zwalczające religię (choć nie islam). Mimo materialnego sukcesu nie udała się cywilizacyjna i światopoglądowa przemiana – lewicowy projekt (pakiet haseł, bo nawet nie idei) zmiany Unii, formalnie dokonywanej demokratycznie, acz dyskretnie – piętnujący m.in. epitetami populizmu, nacjonalizmu i ksenofobii – wykluczający orientację bardziej konserwatywną.

Unia tak, ale chrześcijańska

Bez głębokiej, duchowej przemiany, bez odwołania się do całej cywilizacyjnej, kulturowej i religijnej tradycji taka Europa nie poradzi sobie z coraz nowymi, zewnętrznymi i wewnętrznymi konfliktami i niebezpieczeństwami. I nie jest tu potrzebna żadna rewolucja. Unia Europejska może powrócić do swych powojennych początków, które były przecież chrześcijańskie, by przypomnieć przesłanie ojców założycieli: Konrada Adenauera, Alcide de Gasperiego, Roberta Schumana. Po 60 latach do takiej właśnie Unii trzeba nawiązać i ją kontynuować, odrzucając zarazem późniejsze zafałszowania, polityczne manipulacje oraz wrogie przejęcie przez orientację, którą bez wątpliwości nazwać można antychrześcijańską. Przykład islamu jest może dosadny i niezbyt ścisły, ale jasno pokazuje, że tylko cywilizacje oparte na religii, a przynajmniej nie odrzucające jej, mogą być trwalsze, odporne na konflikty i różne zagrożenia, a zarazem mogą zmieniać się i unowocześniać.

Po ostatnich zamachach terrorystycznych Europę ogarnia coraz większy strach. Powraca wizja islamskiej inwazji, powstrzymywanej okresowo od Średniowiecza aż do bitwy pod Wiedniem, choć południowo-wschodnia część Europy, Bałkany, uległa jej na długi czas. Obecnie jest nie mniej groźna, bo ma charakter także wewnętrzny – obecność milionów muzułmanów przy słabej obronie Europejczyków własnej tożsamości i upadku duchowej dzielności. Czy islam rozsadzi dotychczasową UE od środka, jeśli nie spotka się z reakcją, z odporem społeczeństw europejskich? A może mamy już do czynienia z rodzajem konia trojańskiego wprowadzanego do Europy z imigracją muzułmańską, by – jeśli społeczeństwa europejskie nie obronią swej integralności kulturowej i cywilizacyjnej – doprowadzić do większej, odgórnej i ponadnarodowej islamizacji?

To są pytania o przyszłość. W najbliższym czasie trudno wykluczyć następne zamachy terrorystyczne, np. 13 maja w stulecie pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie. Niektórzy muzułmanie wierzą, że ukazywała się tam wówczas nie Maryja, a córka Mahometa Fatima, co ma wskazywać drogę islamskiego podboju świata. 

 

Dr Marek Klecel

Artykuł pochodzi z miesięcznika WPIS nr 4/2017

Numer 4/2017

Wiara Patriotyzm i Sztuka

Numer 4/2017

 

 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.