Prof. Andrzej Nowak: Są tacy, którzy chcą, żeby Polska przestała być Polską.

Współczesna inscenizacja bitwy pod Grunwaldem; na czapraku rycerza na pierwszym planie widoczny herb Zawiszy Czarnego – Sulima. Fot. Adam Bujak. Współczesna inscenizacja bitwy pod Grunwaldem; na czapraku rycerza na pierwszym planie widoczny herb Zawiszy Czarnego – Sulima. Fot. Adam Bujak. Stawiając pytanie o źródła wielkości Polski w wiekach XIV i XV, przedmiocie trzeciego tomu „Dziejów Polski”, zastanawiamy się równocześnie nad wiekiem XXI – co i jak robić, żeby Polska znów była wielka? Nie kosztem poniżania innych, sąsiadów, nie kosztem zaborów ich ziem, ale własną pracą i wysiłkiem. Żeby była wielka własnym wzlotem duchowym. Tak jak parę wieków temu. Zacznę przekornie może, jakby po marksistowsku, od materialnej podstawy tej wielkości, bo o niej też nie można zapominać; wszak nie samą strawą duchową żyje człowiek.

Nasza wspólnota jest wyjątkowa

Nie byłoby wielkości Polski, gdyby nie budowa jej materialnych fundamentów przez króla Kazimierza Wielkiego. W wiekach XIV i XV ogromnie wiele zawdzięczaliśmy wyjątkowo udanym monarchom. Był to okres doskonałej, owocnej ich współpracy z narodem – od Kazimierza Wielkiego, przez królową Jadwigę i jej męża Władysława Jagiełłę, po Kazimierza Jagiellończyka. W przyszłym roku moglibyśmy obchodzić uroczyście 650-lecie reorganizacji ekonomicznej państwa, odbudowy tego, co pozwala planować wszystko inne. Mam na myśli ordynację żup solnych, które były naszym głównym bogactwem, naszym najważniejszym przedsiębiorstwem państwowym, jednym z największych w Europie, zatrudniającym w szczytowym okresie rozwoju ok. 2 tys. górników. Bez reorganizacji, której dokonał Kazimierz Wielki, rozwój Polski nie mógłby nabrać takiego rozmachu. Pieniądze są bowiem potrzebne w życiu politycznym.

Kazimierzowi Wielkiemu udało się powstrzymać marnotrawstwo grosza publicznego, które dokonywało się przez rabunkową gospodarkę w salinach. Prywatni dzierżawcy żup przejmowali bowiem dochody, które należały się państwu. Monarcha to ukrócił i swym bardzo mądrym, dalekowzrocznym aktem zreformował w bardzo wielu aspektach funkcjonowanie tego ogromnego przedsiębiorstwa. Mowa o Statucie Żup Krakowskich z 22 kwietnia 1368 r.

Dziś może wydawać się to dziwne, ale powtórzmy: sól była naszym głównym bogactwem. Nie mieliśmy złota jak Węgrzy, nasi południowo-wschodni, bardzo dobrzy wtedy i dzisiaj sąsiedzi. Nie mieliśmy też srebra, jak nasi południowo-zachodni sąsiedzi Czesi, którzy korzystając ze wspaniałych kopalń tego kruszcu, mogli w XIV stuleciu zbudować swój złoty wiek. Nie mieliśmy również dostępu do morza, czego pozbawił nas zakon krzyżacki. Jedynym naszym bogactwem materialnym występującym w dużej obfitości była więc sól. Umiejętność jej wykorzystania, stworzenia z niej stałego źródła dochodów dla najrozmaitszych przedsięwzięć w następnych dekadach, była jednym z wielu działań gospodarczych Kazimierza Wielkiego.

Gdyby jednak Polska żyła tylko strawą materialną, stałaby się ostatecznie łupem dla silniejszych od niej wspólnot politycznych, które mieczem rozgrabiłyby bogactwa, jakie potrafilibyśmy zgromadzić i zbudować. Narody wbrew pozorom żyją także, a może przede wszystkim, strawą duchową. Bardzo pięknie i mądrze mówił o tym Prymas Tysiąclecia, ksiądz kardynał Stefan Wyszyński, że narody, które ustawiły sobie ideały zbyt nisko, na materialnym tylko poziomie, karleją i umierają. Ideały trzeba wystawić sobie na tyle wysoko, by mieć poczucie i pewność, że warto być członkiem właśnie tej, a nie innej narodowej wspólnoty. Potrzebne jest zadanie, wartość wyższego rzędu, może nawet wyzwanie, które przekonuje nas, że nasza wspólnota jest wyjątkowa. Że nie wystarczy tylko ciepła woda w kranie i równa droga, choć jedno i drugie jest bardzo potrzebne. Gdzie indziej jednak woda może być jeszcze cieplejsza, a droga jeszcze równiejsza i szersza – o to bardzo łatwo, to nie może być wystarczającym wyróżnikiem narodu.

Dzieje Polski. Tom 3. Królestwo zwycięskiego orła

Dzieje Polski. Tom 3. Królestwo zwycięskiego orła

Andrzej Nowak


Kolejny tom wspaniałej historii Polski opowiedzianej piórem profesora Andrzeja Nowaka liczy 464 strony, czyli o 80 więcej niż poprzednia część. Podobnie jak dwa poprzednie tomy charakteryzuje się wysokim poziomem edytorskim.

 

…gdyby nie unia z Polską

Jest też druga data, o której zapomnieliśmy, a którą w kontekście owej wielkości Polski warto by przywołać dla połączenia perspektywy materialnej z duchową. Ideał, który Polska podjęła na przełomie XIV i XV wieku w sposób tak efektywny, wiąże się z misją chrztu Litwy. Właśnie w tym roku w lutym minęła, niestety niepostrzeżenie, 630. rocznica tego ważnego, brzemiennego w wielowiekowe skutki wydarzenia, jakie dokonało się za sprawą Władysława Jagiełły. Chodzi o uposażenia katedry wileńskiej, której nadano imię świętego Stanisława Biskupa i Męczennika. Ta łączność między Krakowem a Wilnem, między Polską a Litwą, miała od początku duchowy patronat polskiego, krakowskiego świętego. Minęła zatem 630. rocznica już nie tylko religijnego, ale i cywilizacyjnego wymiaru tej misji. Oba te wymiary są razem splecione, o czym pięknie mówił, przypominając słowa papieża Benedykta XVI, ksiądz arcybiskup Marek Jędraszewski.

Misja religijna nawrócenia całego narodu litewskiego, misja krzewienia chrześcijaństwa w jego łacińskim obrządku na wschód od Polski, związana była także z przeniesieniem, rozwijaniem wspaniałych instytucji kultury europejskiej przez Polskę dalej na wschód. Wilnu jako pierwszemu miastu na Litwie zostało 22 marca 1387 r. nadane prawo magdeburskie. To prawo, które tworzy w mieście samorządność, czyni mieszczan obywatelami, szło na Litwę i na Ruś przez Polskę. Potem dojdzie do Mińska, Grodna, aż do Kijowa i obejmie cały obszar, z którym Polska złączy się unią przez ślub Władysława z Jadwigą.

To przypomnienie wysokiego ideału, jakim była łacińska misja chrześcijańska, cywilizacyjna, kulturowa i religijna podjęta wobec krajów, z którymi Polska zjednoczyła się unią, jest dziś bardzo ważne. Uświadomienie sobie, jak ważne dzisiaj jest to dziedzictwo dla miejsca Polski, jest nieodzowne, by móc przeciwstawić się głupiemu, nierozsądnemu (mówiąc najdelikatniej) tzw. realizmowi politycznemu. „Realizm” ten podpowiada bowiem, że nasze interesy kończą się na Bugu, że od krajów, które nas jakoby nie lubią, są jakoby półdzikie lub „chaotyczne”, powinniśmy się raczej odwrócić, a zwrócić się do bardzo wąsko rozumianej Europy – tej na zachód od Polski. Jakbyśmy byli wyłącznie peryferiami, jakąś zacofaną ścianą tej Europy, a za nami tylko chaos i barbaria. Jakby za nami nie było sześciu wieków pracy, które przyniosły przecież niezwykłe rezultaty. Jeśli tego nie zrozumiemy, nie zrozumiemy również niczego zarówno z historii, jak i z naszego obecnego położenia geopolitycznego. Gdyby bowiem nie unia z Litwą i praca wykonana w ślad za nią w oparciu o materialne fundamenty, nie mielibyśmy za wschodnią granicą Ukrainy, Litwy i Białorusi, a tylko jedno państwo wschodniosłowiańskie. Może i sami bylibyśmy częścią tego niezróżnicowanego ogromu, bo przecież bardzo niewiele oddzielało ziemie ruskie, w rozumieniu dzisiejszej Ukrainy i Białorusi, od ziem, na których wtedy rodziła się potęga Moskwy. Była to jedna wspólnota cywilizacyjna, kulturowa, duchowa. Przestała nią być wskutek spotkania, włożenia w tę przestrzeń ruską, wschodniosłowiańską szczepu cywilizacji łacińskiej, co dokonywało się najdłużej poprzez Polskę i sprawiło, że dziś Ukraina nie może być Rosją, podobnie jak Białoruś, oraz że Litwa nie została zatopiona kompletnie w morzu wschodniosłowiańskim. A groziło jej to w sposób absolutnie nieuchronny, gdyby nie unia z Polską. To jest właśnie geopolityczny wymiar pracy, która wtedy się zaczęła.

Mieczem i słowem

Pozwolę sobie wskazać jeszcze na dwa inne punkty w historii, zamknięte między rokiem 1340 a 1468, które mogą i dla nas dzisiaj być istotnymi drogowskazami. Przypomnę dzień 10 maja 1418 r. Było to osiemnaście dni po zamkniętym 22 kwietnia soborze w Konstancji, największym w historii XV-wiecznej Europy zgromadzeniu intelektualistów, polityków, duchownych – całej ówczesnej elity europejskiej w dobrym tego słowa znaczeniu. Polacy wciąż upominają się wtedy o dobre imię Polski na arenie międzynarodowej, bo sprawa ta na soborze nie została do końca załatwiona. Z wielkim uporem i mądrością bronią naszego (swego) dobrego imienia, które opluł, zszargał krzyżacki najmita Falkenberg w swoich rozesłanych po Europie paszkwilach, opisując Polaków jako całkowitych barbarzyńców, których należy wytępić w imię dobra chrześcijaństwa. Do potępiania tego „traktatu”, do uznania go za heretycki, dążyli wówczas reprezentanci Polski, zarówno duchowni, na czele z arcybiskupem, pierwszym naszym prymasem, Mikołajem Trąbą, jak i świeccy – dwaj rycerze, Janusz z Tuliszkowa oraz bardzo znany na europejskich dworach, niepokonany uczestnik licznych turniejów rycerskich, Zawisza Czarny z Garbowa. Świadek konsystorza publicznego, który odbywał się przed papieżem Marcinem V właśnie 10 maja 1418 r., opisał, że wystąpili oni twardo z żądaniem, iż dobre imię Polski musi być obronione. Polscy rycerze dotknęli rękami głowni swoich mieczy, co było niesłychanie zuchwałym zachowaniem w obliczu papieża, pokazując, jak zanotował tenże obserwator, że są gotowi „ręką i gębą”, czyli czynem i słowem, bronić sprawy Polski.

Tak właśnie trzeba postępować w obronie Polski, własnej ojczyzny, i dobrego jej imienia. Nie samą tylko ręką; czyn ręki już się wtedy dokonał – to był Grunwald w 1410 r., który pozwolił Polsce odzyskać suwerenność zagrożoną przez dominację zakonu krzyżackiego nad naszą północną granicą i dostępem do morza. Ale sam czyn, sama ręka nie wystarczy, potrzebne jest także mądre słowo. I to słowo już Polska potrafiła powiedzieć w języku nie tylko zrozumiałym dla Europy, ale też w języku, który zadziwiał Europę swą nowatorską ideą – ideą prawa narodów, które przedstawione zostało na soborze w Konstancji przez profesorów Uniwersytetu Krakowskiego, w szczególności przez Pawła Włodkowica, ale oczywiście w oparciu o naukę jego uniwersyteckich współpracowników. Owa idea prawa narodów mogła być sformułowana na Uniwersytecie Krakowskim dlatego, że uczelnia uposażona była solidnie na żupach wielickich. Bez tych pieniędzy nie byłoby działalności Pawła Włodkowica ani Stanisława ze Skarbimierza. Trzeba było mieć z czego płacić za działalność tak ważnej instytucji jak Uniwersytet Krakowski, który w postawieniu Polski wśród wielkich narodów europejskich odgrywa rolę nie mniej istotną od tej, jaką odegrały miecze polskie, litewskie i ruskie w bitwie pod Grunwaldem czy w innych wtedy i później toczonych bojach.

10 maja 1418 r. wydaje się datą wartą przypomnienia także w roku przyszłym, kiedy będziemy obchodzili stulecie odzyskania niepodległości. Warto bowiem pamiętać, że o dobre imię Polski trzeba umieć upomnieć się mądrze, czyli w sposób zrozumiały i skuteczny, by docierać do odbiorców z zachodniej Europy – i nie tylko tam. Upominać się stanowczo, a więc nie uginając się pod presją rozlegających się krzyków, że jesteśmy izolowani czy że jesteśmy barbarzyńcami. Trzeba jak Zawisza z Garbowa i Janusz z Tuliszkowa chwycić za głownię miecza i odpowiedzieć słowami profesorów Uniwersytetu Krakowskiego z roku 1418.

Pouczają nas niedouczeni

Jest jeszcze jedna data, którą przywołał marszałek Sejmu Marek Kuchciński, rozumiejąc jej znaczenie – 9 października 1468 roku. Jestem ogromnie wdzięczny, że zarówno pan marszałek, jak i polski parlament zdecydowali się nawiązać do przypadającej w roku następnym 550. rocznicy uregulowanego, systematycznego polskiego parlamentaryzmu. Bo to nie od 1493 roku, jak przyjmują na ogół podręczniki szkolne, zaczyna się historia polskiego parlamentaryzmu, ale od roku 1468, jak napisał Jan Długosz, a przypomniał i odświeżył tę argumentację najwybitniejszy w moim przekonaniu z dzisiejszych historyków prawa, prof. Wacław Uruszczak z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pozwoliłem sobie podjąć za nim tę interpretację.

Właśnie 9 października 1468 roku zebrał się po raz pierwszy w Rzeczypospolitej sejm, który oparty był na strukturze dwuizbowej i regularnego wyboru posłów z poszczególnych ziem do izby niższej. Oparty był nie na zasadzie konfrontacji, ale spotkania racji. Posłów wybrały poszczególne ziemie po dwóch z każdego powiatu. Izba wyższa, którą moglibyśmy nazwać senacką, składała się z najważniejszych urzędników królestwa, duchownych i świeckich. Od tamtej pory aż do upadku Rzeczypospolitej, spowodowanego przez agresję zewnętrznych imperiów, odbyło się blisko 300 posiedzeń takich sejmów.

To wielka i wspaniała tradycja, o której trzeba pamiętać, zwłaszcza kiedy słyszymy pouczenia czy połajanki ze strony niedokształconych polityków unijnych, nawiązujące do rzekomej młodości (a więc niedorozwoju) naszej demokracji. Z chęcią pouczają nas bowiem na czym polega demokracja przedstawiciele rozmaitych krajów, w których zrodziła się ona wieki później. Przypomnę tu choćby połajankę ze strony byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona, który w zeszłym, 2016 roku próbował w tej kwestii pouczać Węgrów i Polaków. Węgry są akurat pod względem doświadczeń parlamentarnych jeszcze starsze od Polski i wiele żeśmy się od nich nauczyli. Te tradycje sięgają u nich XIII, XIV wieku. W Polsce także są głębokie, a ugruntowały się ostatecznie 550 lat temu, na 300 lat przed powstaniem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Powinniśmy o tym pamiętać oraz innym o tym opowiadać, żeby chronić dobre imię Polski, a także po to, żeby sobie uświadamiać, na czym wtedy polegała istota polskich sukcesów i na czym dzisiaj może polegać: na wolnej reprezentacji interesów wszystkich ziem Rzeczypospolitej, spotykającej się w swobodnej – ale i odpowiedzialnej za dobro wspólne – debacie w parlamencie.

Dziedzictwo Chrztu. 966-1966-2016

Dziedzictwo Chrztu. 966-1966-2016

Adam Bujak, ks. Waldemar Chrostowski

KSIĄŻKA ROKU 2016!!! Przeszłość w tej książce łączy się z teraźniejszością, ukazując niezwykłą siłę przywiązania do Boga i Ojczyzny idącego przez wszystkie pokolenia Polaków. Bez chrześcijaństwa nie byłoby ani Polski, ani polskiego narodu. U źródeł naszej państwowości leży bowiem niezwykłe w swej wymowie i dalekosiężne w skutkach wydarzenie - chrzest władcy Mieszka I, który dokonał się w 966 r.

 

Co powinni studiować dyktatorzy UE

Trzeci tom „Dziejów Polski” opisuje okres bardzo wielu sporów. To nie jest okres żadnej idylli, nie wszyscy nas wówczas kochają. Także unia polsko-litewska nie polega wyłącznie na wzajemnej miłości, o której tak pięknie pisze wprowadzenie do jej horodelskiej wersji z 1413 r. Zawsze jest to ucieranie się rozmaitych interesów, poglądów, a przede wszystkim poczucia godności stron, które wchodzą w większy wspólny krąg polityczny czy tworzą wspólny parlament jednego kraju. Polska stanęła na pierwszym miejscu wśród narodów Europy Środkowo-Wschodniej, choć jeszcze w połowie XIV wieku znajdowała się zdecydowanie niżej w tej hierarchii. Jednak pod koniec wieku XV jest już na szczycie. Dzieje się tak dlatego, że Polacy i Litwini umieli dopracować się zasady zgody i rozstrzygania sporów poprzez kompromis, w którym rozwiązaniem nie była wojna domowa i w której nie było miejsca na opozycję totalną, a była konsekwentnie powtarzana, ponawiana i ostatecznie efektywna próba znalezienia dobra wspólnego. Dlatego to działało.

Historia Polski owych 128 lat, które opisuję w III tomie „Dziejów Polski” (1340–1468), nie jest historią wojen domowych; tylko przez chwilę rozgrywała się taka walka na peryferii, na fragmentach ziemi wielkopolskiej rozgrywa się mała wojenka domowa Grzymalitów z Nałęczami. Ale cóż to jest w porównaniu z tym, co się działo wówczas u wszystkich naszych sąsiadów. Wojny domowe niszczą wtedy Węgry, które są dramatycznie osłabiane przez ciągłą walkę wspólnie organizujących się, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, oligarchów z królami. W Czechach zaś trwa największa, najbardziej wstrząsająca Europą Środkową wojna domowa, spowodowana przez husytyzm, która zepchnęła ten kraj w dół hierarchii europejskiej – to był wielki, ważny, ale ostatecznie tragiczny rozdział w historii Czech. Wojny domowe niszczyły wtedy również Moskwę, kraje niemieckie, Francję i Włochy. A u nas tych wojen nie było, choć – powtórzmy – nie wszystko działo się w atmosferze idyllicznej, lecz w atmosferze ciągłego sporu parlamentarnego, w którym ludzie wolni, Polacy z Litwinami, Małopolanie z Wielkopolanami, zwolennicy biskupa Oleśnickiego z rzecznikami wzmocnienia władzy królewskiej Kazimierza Jagiellończyka, wszyscy oni spierali się, nieraz kłócili, dochodzili do krawędzi konfliktu i – zawsze się znad tej krawędzi cofali. Potrafili znaleźć wspólne dobro Rzeczypospolitej, podnieść je ponad partykularny interes.

Nie wszyscy, którzy Polskę zamieszkują i są jej obywatelami, Polskę lubią. Takich trudno przekonać do współpracy na rzecz dobra wspólnoty, jaką jest Rzeczpospolita. Są tacy, którzy chcą, żeby Polska przestała być Polską. Większość Polaków jednak na pewno można przekonać do znaczenia kompromisu, do zgody dla budowania lepszej i silniejszej Ojczyzny. Nigdy jednak nie może to być zgoda dobra ze złem, bo z takiej niby-zgody nic pozytywnego wyniknąć nie może. W polityce wszakże rzadko mamy do czynienia z radykalnym podziałem, takim, jaki rysuje dzisiejsza opozycja absolutna, totalna.

Tylko człowiek nierozumny może uwierzyć, że jakieś siły ciemności zapanowały w centrum polskiego rządu i parlamentaryzmu i dopiero jak zbiorą się opozycyjne siły światła, to ta ciemność zostanie rozproszona. Tego rodzaju manicheizm, działanie według takiej koncepcji jest niszczące dla każdej wspólnoty. Podobnie jak pogarda wobec mających inne zdanie, której wyraźne ślady znajdujemy w poczynaniach dzisiejszej Unii Europejskiej. Unia Europejska powinna udać się po naukę w sposobie ucierania, minimalizowania konfliktów do Polski; tu zaś powinni postudiować sobie, jakie stosowano rozwiązania w unii horodelskiej, która trwała przez 382 lata (a kontynuując tradycję wcześniejszej unii w Krewie – 410 lat). Nie została zerwana wskutek niezgody między jej partnerami, tylko wskutek zewnętrznego zaboru. Ta zgoda odnowiona została w unii polsko-litewskiej w sposób, który warto przedstawić przed oczy dzisiejszym dyktatorom Unii Europejskiej.

Wiele jest lekcji, które można, jak sądzę, wyciągnąć współcześnie z naszej historii. W szczególności zaś z historii tego fenomenalnego wzlotu polskości, polskiej wspólnoty politycznej i polskiej politycznej dojrzałości. Dlatego ze szczerym sercem i umysłem mogę zachęcić do lektury mojej opowieści o tym wspaniałym, dosłownie – budującym okresie naszych dziejów.

 

artykuł pochodzi z miesięcznika WPIS 6/2017

Numer 6/2017

Wiara Patriotyzm i Sztuka

Numer 6/2017

 

 

Komentarze (2)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Zygmunt Żmijowski

    Bardzo trafne i cenne są wnoski z historii narodu polskiego i jego państwa w odniesieniu do naszej obecnej sytuacji politycznej

  • Antoni Markowski

    Wydaje się, że dopiero teraz, nadchodzi czas, kiedy możemy podumać nad polską historią obiektywnie i twórczo. Dostajemy do rąk dzieło polskiego historyka o renesansowym temperamencie, chętnego do porównań i zestawienia wielorakich aspektów polskiego Złotego Wieku, obrazując w ten sposób wkład najlepszych umysłów i serc władców, myślicieli i polityków polskich tych czasów. Siły tym porównaniom dodaje aktualność zasad którymi się kierowali również w obecnej sytuacji politycznej Polski i Europy.

  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.